środa, 22 listopada 2017

Coś o przyciąganiu.

Działamy jak magnes. I uwierz, że nie rzadko mamy wpływ na to, co przyciągamy. Po prostu czasem robimy to nieumiejętnie. 

Złe rzeczy nie zawsze przychodzą same. Ściągasz je myślami, zapewne wbrew swoim zamierzeniom, bo kto chciałby na siłę ściągać zło? Ściągasz je przez to, że wiecznie zastanawiasz się, co zrobić, żeby nie przyszły. Ściągasz je, bo tak bardzo skupiasz się na tym, żeby zło odpychać, że zapominasz przyciągać dobro. I wreszcie, ściągasz je, bo jesteś zbyt zajęty zmienianiem świata i innych dookoła, żeby móc zmienić najpierw siebie. 


Równie koślawo idzie Ci też odpychanie. Weźmy na tapet taką na przykład motywację. To nie jest tak, że motywacja musi przyjść, a Ty masz czekać na nią, zaparzając wodę na herbatę. To raczej jest tak, że motywacja po prostu jest, a Ty skutecznie odpychasz ją twoim "niechcemisiem" i milionem wymówek. Ludzi też całkiem dobrze odpychasz. Najczęściej niestety tych, którzy chcą Ci pomóc. Bardzo umiejętnie odpychasz też krytykę na swój temat. Bo uważasz, że jest Ci niepotrzebna. 


Przekonasz się w końcu na własnej skórze, że nikt nie ma takiej mocy, żeby zmienić świat albo przynajmniej swoje otoczenie, nie zaczynając od siebie. Przekonasz się, że twoim najważniejszym mówcą motywacyjnym jesteś Ty sam. Przekonasz się, że możesz zdziałać wiele, jeśli sam sobie dasz po pysku i powiesz, że możesz. Niestety pewnie przekonasz się też, że lista wyjątków co do tych kilku zasad jest dość długa i pewnie nie raz to jednak ktoś inny albo samo życie da Ci po pysku, ale to możesz z czystym sumieniem po prostu odepchnąć. 
A w kwestii bycia magnesem musimy się jeszcze sporo nauczyć, bo zauważyłam, że wciąż fatalnie dobieramy sobie plusy i minusy. 




Miłego wieczoru! :)



niedziela, 27 sierpnia 2017

"Uważam, że to kiepski pomysł."...




... W zasadzie kiedy tylko słyszysz te słowa, to wiesz, że nie wróżą nic dobrego.  
A to był właśnie ten moment, kiedy jakaś siła wyższa (czytaj: wasze zbyt silne charaktery) postanowiła, że musicie się przyzwyczaić do nieobecności. Ale takiej nie do końca. Takiej trochę naciąganej, bo to znowu jednak o niebo bliżej niż te 80 km, takiej na 3/7 tygodnia max...




A potem przyszła jeszcze ta kolejna nieobecność. Już mniej naciągana. Taka, kiedy sprzątasz dom po kilka razy dziennie, bo masz na to czas, czekasz aż trawa urośnie, żeby można było ją znów skosić. Taka, kiedy łapiesz każdą możliwą okazję, żeby gdzieś kogoś podwieźć, po coś pojechać, z kimś pobyć. Kiedy wieczorami kładziesz się do łóżka zanim nadejdzie zmrok, żeby potem nie chodzić po tym pustym, wielkim domu...









I  końcu wsiadasz w samochód, bierzesz ze sobą aparat, robisz dużo zdjęć, żeby mieć się czym zająć. I zajmujesz się tym. I dostrzegasz w tej nudzie i samotności mnóstwo wolnego czasu na robienie rzeczy, które miałaś robić od dawna.
I każdy dzień jest nauką czegoś nowego. Wyciągasz gitarę i przypominasz sobie, że już milion lat temu miałaś nauczyć się grać. Wyciągasz szkicownik i przypominasz sobie, że w sumie rysowanie nie idzie Ci już jakbyś miała dwie lewe ręce. I doceniasz każdy dzień, kiedy On daje radę się wyrwać, przejechać te kilometry i pobyć z Tobą. W zasadzie doceniasz Jego dużo bardziej. I już wiesz, że ta decyzja, chociaż ciężka, przyniesie coś dobrego. I mimo że jeszcze tego nie dostrzegasz, to ta decyzja jest po prostu szansą. Tak, jak każdy twój dzień. I mój też.









Miłego wieczoru.

sobota, 24 czerwca 2017

Fotorelacja #3 Wschodów ciąg dalszy

Mnóstwo rzeczy ostatnio zmusza mnie do odpuszczania nowych wpisów, chociaż co kilka dni zaczynam pisać. Mam wrażenie, że już nie umiem. Mimo wszystko, będę jętką. A co mi tam. Ominę to drzewo. Chociaż dzisiaj bardziej fotograficznie, to jeszcze wrócę tu z czymś do czytania.


Jakiś czas temu pisałam o moich ukochanych wschodach, a zbiegiem okoliczności kilka godzin później na mojej tablicy na Facebooku pojawiły się "XV Podgórskie Wschody Słońca". Wiedziałam, że tam będę. Choćby to był dzień najważniejszego egzaminu, choćby migrena nie dawała spokoju. Wiedziałam. 
Pisałam wtedy o tym, że ludzie są światłem, dzisiaj nie dodam już nic więcej. Pokażę tylko, że naprawdę tak jest. 
Zapraszam zatem na b(aaaa)ardzo krótką fotorelację z mojego ulubionego (naprawdę, będę tam co roku) krakowskiego wydarzenia. 























niedziela, 11 czerwca 2017

Bądź jak jętka.

Jako osoba, która wiecznie szuka inspiracji, lubię otaczać się inspirującymi ludźmi i lubię szukać (czasem nawet na siłę) w najdrobniejszych wydarzeniach ukrytych lekcji życia.
Kiedyś pewna mądra i silna kobieta, wysłuchując mojego narzekania na to, że nie idzie mi nauka do matury, powiedziała, że życie to tylko krótka chwila i nie wszystkim należy się przejmować. Nie mogę się z Nią nie zgodzić. Życie to zdecydowanie za krótka chwila. Niewystarczająca pewnie na osiągnięcie wszystkich swoich celów.... Wait, what? Aż tak krótka nie jest. 


Życie jest wyzwaniem.                Polem walki.                 Nieustanną drogą naprzód.               Labiryntem.      
Zazwyczaj nie od nas samych zależy, jak ostre zakręty na tej drodze się pojawią, ale to, w jaki sposób te zakręty pokonamy i jakie to przyniesie w naszych umysłach skutki to sprawa już zupełnie nasza i tylko nasza. Każdy słup, który wyrasta nagle na naszej drodze powinien być lekcją. Pokory, cierpliwości i wytrwałości.  
Widziałam kiedyś jętkę. Taką zwyczajną, małą jętkę. Jętki to krótko żyjące (czasem tylko jeden dzień) owady. Otóż owa jętka leciała sobie przed siebie i nagle *jeb*... Tak, uderzyła w drzewo. Pomyślałam: "Oho, no normalnie ja i życie. Coś idzie dobrze i nagle dostaję po ryju". Ale stworzonko nie poddało się tak łatwo, odbiło się od drzewa i poleciało dalej.



Cenna lekcja. Jętka wie, że ma tylko jeden (w porywach do kilku) dzień życia. Jętka nie poddaje się, kiedy nagle na jej drodze wyrośnie drzewo. 
Bądź silny. Bądź jak jętka. 






wtorek, 28 marca 2017

Nasze wschody słońca.

Dzisiaj wyjątkowo bez muzyki, zaśpiewaj ten post, jak chcesz. :)




Wiesz po co są wschody słońca? 
Wschody słońca są po to, żebyś zrozumiał, jak mały jesteś wobec świata, a jak wiele możesz osiągnąć. Są po to, żebyś nauczył się cierpliwości. Bo najpiękniejsze są te długo wyczekiwane. Są po to, żebyś dostrzegł piękno nawet w krótkich momentach. Bo wiesz ile trwa wschód słońca? Ułamki sekund. Tyle wystarczy. Wystarczy, żebyś to dostrzegł. Wschody są do przeżywania. Jest coś takiego w nich, że czujesz, że żyjesz. Nieważne, jaka to pora roku, jaki miesiąc, jakie okoliczności. Jest magia we wschodach. 




Był taki rok, kiedy wschody słońca były wszystkim. Były końcem, początkiem, były przerwą, były spokojem. Pokaż mi zdjęcie mojego wschodu słońca, a powiem Ci dokładnie, gdzie to było, z kim go oglądałam i kiedy. Powiem Ci wszystko. W najdrobniejszych szczegółach. Opowiem Ci o ludziach i o rozmowach przy tym konkretnym wschodzie. Opowiem dokładnie, jak się czuliśmy. Jak ledwo udawało nam się utrzymać oczy otwarte albo jak trudno było wejść na szczyt, żeby tylko zdążyć. Opowiem Ci jak wszyscy siedzieliśmy w bezruchu przez te kilka sekund. Jak trzęśliśmy się z zimna. Wreszcie opowiem Ci, jak dobre były dni rozpoczynające się od patrzenia na wschód. 




Wschodów nie trzeba rozumieć. Trzeba przyjąć, że są i nauczyć się czerpać z nich światło.
Widziałam ich w moim życiu zbyt wiele, żeby uwierzyć, że noc się nie kończy. Widziałam zbyt wiele pierwszych brzasków odbijających się na twarzach moich ludzi, żeby uwierzyć, że ludzie nie są światłem.


Piszę ten post w środku nocy, czekając na wschód. Też poczekaj. Nawet nie wiesz, jak człowiekowi czasem jest potrzebny wschód słońca...